­­

14 maja, 08:48 | Tomasz Pajączek

Fotoreporterka i legenda skoków spadochronowych, którą znają wszyscy piłkarze w Polsce [WYWIAD]

Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

– Obie pasje są mi równie bliskie. Fotografią zaczęłam się zajmować w momencie, kiedy zaczęłam skakać. Chciałam pokazać, jak wyglądają skoki z powietrza. Tak powstały pierwsze moje zdjęcia – mówi w wywiadzie dla Onetu Krystyna Pączkowska, legenda polskich skoków spadochronowych i fotografii sportowej.

  • Krystyna Pączkowska jest byłą wielokrotną mistrzynią Polski w skokach spadochronowych i wicemistrzynią świata
  • Pod koniec maja po trzech latach przerwy pani Krystyna zamierza oddać kolejny skok ze spadochronem. Jak dotąd oddała 6 tys. 655 skoków
  • Od lat Krystyna Pączkowska zajmuje się fotografią sportową. Pracuje dla piłkarskiego Śląska Wrocław, współpracuje też z „Przeglądem Sportowym”

Tomasz Pajączek, dziennikarz Onetu: Co jest pani większą pasją: skoki spadochronowe czy fotografia sportowa?

Krystyna Pączkowska: Myślę, że obie pasje są mi równie bliskie. Fotografią zaczęłam się zajmować w momencie, kiedy zaczęłam skakać. Chciałam pokazać, jak wyglądają skoki z powietrza. Tak powstały pierwsze moje zdjęcia. Potem się tak w to wszystko wciągnęłam, że zaczęłam się zajmować się wyłącznie fotografią sportową, bo tam jest szybkość i dynamika. Lubię podglądać obiektywem. Nie lubię jednak głupich zdjęć. Staram się nie robić nikomu krzywdy, a wiem, że głupim zdjęciem można łatwo kogoś zranić.

Dzisiaj przede wszystkim zajmuję się fotografią. Nie skakałam już trzy lata. Rozum wrócił na właściwe miejsce i już nie jestem taka zadziora: a co mi tam, przecież mi się nic nie stanie. Teraz jestem o wiele bardziej ostrożna. Wspólnie z koleżankami w Warszawie chcemy zrobić pod koniec maja wspólny skok. Ale czy to wyjdzie? Tego nie wiem.

Czyli, jeśli chodzi o skoki spadochronowe, to nie powiedziała pani jeszcze ostatniego słowa?

Przez trzy lata nie miałam okazji do oddania żadnego skoku. Teraz okazja będzie – koleżanka obchodzi 50-lecie skakania – więc zamierzam z niej skorzystać. Ostatniego skoku jeszcze nie wykonałam.

A kiedy był pierwszy?

Pierwszy skok był zaraz po maturze, we wrześniu 1968 r. na lotnisku w Gliwicach. Najpierw latałam na szybowcach, ale w tamtym roku było dość dużo wypadków szybowcowych, gdzie piloci bali się wyskoczyć. Mogli się uratować, bo mieli spadochron, a mimo to nie opuszczali szybowca. Zarządzono wtedy akcję, że każdy pilot szybowca musi wykonać dwa skoki spadochronowe w ramach ćwiczeń. Kiedy wykonałam pierwsze skoki, to coraz rzadziej chodziłam na szybowce, a coraz częściej właśnie na skoki. A potem, gdy robiłam w roku po 500-600 skoków nie było już możliwości pogodzenia jednego z drugim. Skoki wygrały z szybowcami.

Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Po pierwszym skoku zaraziła się pani tym sportem?

Nie było już odwrotu. Zaraziłam się. Pochłonęła mnie ta szybkość, wystarczyło wystawić rękę przy wolnym spadaniu z zamkniętym spadochronem, żeby człowiekiem zamiotło. A lot szybowcem jest taki majestatyczny. Można sobie oglądać krajobrazy. Porównałabym go do lotu królewskiego ptaka.

Jakie to jest uczucie, jak człowiek wyskakuje z samolotu w nieznaną otchłań?

Można się zapomnieć. Wszyscy skoczkowie uwielbiają ten moment, gdy jest jeszcze zamknięty spadochron, bo wtedy można sterować własnym ciałem. Właściwie każda zmiana pozycji powoduje inny ruch: szybsze opadanie albo wyhamowanie. Każdy steruje pod siebie. Gdy nabrałam już doświadczenia, przestawało mieć znaczenie, to jak wyskakiwałam, czy na głowę, czy bokiem, bo w trakcie skoku i tak układałam się w takiej pozycji, jak chciałam. Wszystkim, co się dzieje w trakcie skoku, rządzi głowa. Żeby do tego dojść, trzeba mieć jednak na koncie trochę prób. Z czasem przychodzi pewność siebie i z zimnym wyrachowaniem ocenia się pewne rzeczy. Jak się skacze z jeszcze zamkniętym spadochronem i aparatem, to można zrobić sobie krzywdę. Trzeba być ostrożnym.

Przy każdym skoku jest to samo uczucie?

Tak, chyba że są to zawody, to człowiek jest wtedy może nieco bardziej spięty.

Skokom towarzyszy adrenalina?

I to jeszcze jaka. Mój kolega połamał się kiedyś. Lądował bardzo nieszczęśliwe za drzewami na skrzydle. Skrzydła nie pozwalają lecieć nisko nad drzewami, bo z komór uchodzi powietrze, tworzy się lej, człowiek leci w dół i nie może się zatrzymać. I on właśnie podczas lądowania, gdy przeleciał nad drzewami, połamał nogi. Później powiedział mi, że czuł, że coś złego się stanie, bo dzień wcześniej ktoś zapukał do jego drzwi. Mówił, że gdy poszedł otworzyć, nie było nikogo. Za drugim razem to samo. Później zaczaił się przy drzwiach i trzymał za klamkę, a gdy znów ktoś zapukał, szybko otworzył. Po drugiej stronie nikogo jednak nie było. Tę sytuację odczytał jako znak, że stanie się coś niedobrego.

Kiedyś przed obozem na mistrzostwa świata miałam podobną sytuację. Siedziałam w pokoju i robiłam notatki na temat fotografii. Nagle ktoś zapukał. Mówię: proszę. Po chwili to samo. W końcu się zdenerwowałam, wstałam, otworzyłam drzwi, ale za nimi nie było nikogo. Gdy za moment znów rozległo się pukanie do drzwi, przypomniałam sobie opowieść kolegi. Na kolejne pukanie już nie zareagowałam. Przy każdym kolejnym skoku byłam jednak potwornie spięta i bałam się, że to będzie mój ostatni skok, więc tak jak nigdy nie żegnałam się przed skokiem, zaczęłam to robić. Ten strach towarzyszył mi ok. pół roku aż do mistrzostw Wojska Polskiego na Błoniach w Krakowie. Wyskoczyłam z samolotu, próbowałam otworzyć spadochron, ale zobaczyłam tylko sznurek. Główny spadochron się nie otworzył, więc wypięłam się i lądowałam na zapasowym.

Przy skrzydłach są linki zaplatane na takiej pętli. I ja tej końcówki nie zaszyłam, tylko zabezpieczyłam ją plastrem. Do środka dostał się jednak piasek, przez co zrobiła się dodatkowa pętla i mechanizm się zablokował. Otwieranie spadochronu zapasowego trwało dla mnie wieczność.

A to były ułamki sekund?

Ci, którzy byli na dole, mówili, że to były ułamki sekund, że zaraz jak tylko odpadł główny spadochron, ja już wisiałam na zapasowym. Po tym ratowaniu się odzyskałam spokój. Odblokowałam się. Skakanie znów sprawiało mi radość.

Przez wszystkie skoki to była jedyna stresująca sytuacja?

Tych sytuacji było zdecydowanie więcej. Kiedyś w powietrzu zderzyłam się z koleżanką. Wpadłam w jej spadochron. Niektóre dziewczyny otwierały spadochron za szybko, powyżej tysiąca metrów, mimo że trener uczulał zawodniczki, by otwierały na wysokości 800-1000 metrów. Chodziło właśnie o to, żeby następna osoba, która skakała, nie wpadła w czaszę innego skoczka.

I pani wpadła.

Byłam na wysokości tysiąca metrów, jak patrzyłam na wysokościomierz. Przeleciałam jeszcze 200 m i rzuciłam pilocik. Tylko zdążyłam się zasłonić, zanim wpadłam w czaszę koleżanki, w szczeliny jej spadochronu. Byłyśmy związane jak w kokonie. Nie mogłam wykonać żadnego ruchu. Pamiętam, jak wtedy moja koleżanka, też Krysia, zapytała: Krysia, i co teraz robimy? Powiedziałam, że nie wiem, na co ona, że zaraz coś wymyślimy.

Na szczęście w momencie, kiedy uderzyłam w jej spadochron, pociągnęłam za uchwyt i mój spadochron się otworzył. Obie wisiałyśmy na moim. Krysia do końca próbowała otworzyć dodatkowo swój spadochron zapasowy i w końcu się jej udało. Wszystko dobrze się skończyło. Praktycznie nie odczułyśmy lądowania, pewnie zadziałała adrenalina. Nic do nas nie docierało, bo cały czas się śmiałyśmy.

Ile skoków ma pani już na koncie?

  1. 11 skoków brakuje mi do czterech „szóstek”. Kiedyś planowałam na takim wyniku zakończyć swoją przygodę ze skakaniem. Pierwszy skok po zakończeniu kariery oddałam po dziewięciu latach w Nowym Targu. Zachęcona przez znajomych zapisałam się na skok, ale robiłam wszystko, żeby nie trafić na start. Miałam po prostu stracha. Było wtedy bardzo gorąco, ok. 30 stopni, praktycznie bez wiatru – powietrze stało. Weszłam jednak do samolotu i nie uciekłam przed skokiem, choć bardzo chciałam. Pożyczyłam spadochron od kolegi, który chciał mi coś powiedzieć, ale go nie słuchałam. Tymczasem on powiedział, że przerobił spadochron i zrobił sobie przedłużki na hamulce, którymi się steruje. A kolega był o głowę ode mnie wyższy.

A to miało duże znaczenie?

Bardzo duże znaczenie, bo nie mogłam sięgnąć do kołków od hamulców, żeby nimi sterować. Leciałam z taką prędkością, ile fabryka dała. Jak lądowałam na lotnisku, to przez 200 metrów targało mną po trawie. Zostawiłam sobie z tego skoku spodnie na pamiątkę. Śladów trawy na nich zawsze mi będą o nim przypominać. Drugi raz takiego błędu nie popełnię. Tak mi było wstyd za ten skok, że szybko pożyczyłam spadochron od koleżanki i poszłam jeszcze raz skoczyć. Zrobiłam celność lądowania na 2 cm, a skacze się na punkt o średnicy 3 cm. Po tym skoku znów odżyłam.

Ile trwa ten moment od wyskoku z samolotu do otwarcia spadochronu?

To zależy z jakiej wysokości. Jak się skacze z 1000 m, to trwa to około 10 sekund. Wiadomo, że im większa wysokość, tym ten moment się wydłuża. Przy skoku z 4,5 tys. metrów można lecieć bez spadochronu nawet przez 60 sekund.

Skąd w głowie 19-letniej dziewczyny, wtedy maturzystki, wzięła się pasja do skoków, a wcześniej do szybowców?

To przez mojego tatę. On bardzo chciał być pilotem, ale wojna mu w tym przeszkodziła. Zaraził mnie swoją pasją. Czytałam wszystkie książki dotyczące lotnictwa. Urodziłam się w Gliwicach i tam też zaczynałam skakać. Mama nie chciała, żebym się zapisywała do Aeroklubu Gliwickiego. Bała się, że coś mi się stanie. Nie byłam wtedy jeszcze pełnoletnia, więc czekałam aż skończę 18 lat. W międzyczasie przychodziłam na lotnisko i patrzyłam, jak inni latają. Wcześniej przez lata też ich podglądałam, ale jedynie zza płotu. Zawsze mnie to interesowało.

Skończy pani na tych czterech „szóstkach”?

Jak dotrwam (śmiech). Każdy, kto mnie zna, mówi tak: Krysia, a ty wiesz, że to diabelska cyfra? Czemu ty kusisz los, po co ty to robisz? Nic nie mogę na to poradzić, cały czas ciągnie mnie do skakania.

Namówiła kiedyś pani do skoku ze spadochronem kogoś, kto ma lęk wysokości?

Nie, nawet nie próbowałam, bo ja sama mam lęk wysokości. To chyba dosyć częste u osób, które skaczą albo latają. W mojej pierwszej pracy razem z innymi pracownikami wjechaliśmy windą na sam szczyt 120 m komina. Gdy winda się otworzyła, ja się nie ruszyłam, a inni podchodzili do samych barierek. Gdyby mnie wcześniej nie widzieli w akcji, to by nigdy nie uwierzyli, że skaczę. Powiedziałam im: róbcie co chcecie, ja bez spadochronu tam nie podejdę.

Przy każdym skoku pokonuje pani własną słabość, własny lęk?

Nie. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale jak jestem na wysokości trzeciego piętra, to boję się wychylić i spojrzeć w dół. Ale jak jestem na wysokości 1000 metrów, podchodzę do otwartych drzwi samolotu, nawet bez spadochronu i wtedy żadnego lęku nie czuję (śmiech).

W swoim dorobku ma pani osiem złotych krążków w mistrzostwach Polski w konkurencji na celność lądowania oraz srebro na mistrzostwach świata. Który medal jest dla pani najcenniejszy, z którym wiążą się najmilsze wspomnienia?

Jeszcze zanim zaczęto rozgrywać mistrzostwa Europy, startowałyśmy na Mistrzostwach Państw Socjalistycznych na Węgrzech i tam zdobyłyśmy srebrne medale, które naprawdę były srebrne. Wszystkie się niesamowicie cieszyłyśmy. Później zdobyłyśmy z dziewczynami na Węgrzech wicemistrzostwo świata, ale medale, które otrzymałyśmy były jedynie imitacją srebra. Ten pierwszy srebrny medal był jednak dla mnie najcenniejszy. Niestety nie mam go, bo użyczyłam go na wystawę. Ktoś jednak włamał się do gabloty i go ukradł. Od tej pory nie przekazuję nigdzie swoich pamiątek.

Jak ze sportowca stała się pani fotoreporterem? Kiedy to się stało?

Byłam jeszcze zawodniczką, jeździłam na mistrzostwa świata i Europy, gdy w Śląsku Wrocław robiłam już zdjęcia. Zaczynałam od Spartakiady Wojskowej i robienia zdjęć VIP-om. Tak to się zaczęło. Nie wiem, kiedy, a robiłam już zdjęcia z koszykówki i innych dyscyplin. Potem zaczęłam współpracować z „Przeglądem Sportowym”, zresztą ta współpraca trwa do dziś.

Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Nie ma chyba w Polsce piłkarza, który nie zna pani Krysi?

(Śmiech). Tak. Może tak być, jak pan mówi. Różne rzeczy mówią o piłkarzach, nigdy jednak z ich strony nie spotkałam się ze złośliwością, czy też nietypowym zachowaniem. Zawszą są uśmiechnięci i chętnie dają sobie robić zdjęcia.

Raz tylko była sytuacja, że strasznie zdenerwował mnie Flavio Paixao. Przyjechał do Wrocławia podpisać kontrakt ze Śląskiem i powiedział, że on do zdjęcia nie stanie. Nic mu nie odpowiedziałam. Rozłożyłam jedynie ręce i sobie poszłam. Za chwilę Flavio jednak przyszedł, przeprosił, więc mu zdjęcie zrobiłam. Byłam zaskoczona jego zachowaniem. Wiem, że Marco (brat Flavio – przyp. red.) z nim rozmawiał i to on mu powiedział, żeby się nie wygłupiał.

Najgorzej wspominam pracę z piłkarzami, gdy Śląsk był w III lidze. Tak się stawiali, jakby byli pępkiem świata. Byłam w szoku, gdy słyszałam od jednego i drugiego zawodnika, że on teraz nie stanie do zdjęcia, bo nie jest gotowy. Dziś nikt już o nich nie pamięta. Czasy się jednak zmieniły. Obecnie piłkarze są uśmiechnięci i mają zupełnie inne podejście do fotoreporterów.

Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Ze wszystkich dyscyplin piłka nożna jest pani najbliższa?

W tej chwili tak. Kiedyś dużo pracowałam przy koszykówce, piłce ręcznej i żużlu. Pamiętam, jak pierwszy raz fotografowałam żużel. Wysłali mnie ze „Słowa Sportowego”. Tłumaczyłam w redakcji, że nigdy nie byłam na meczu żużlowym i nie wiem, czy sobie poradzę. Na co mój szef powiedział: wiesz, co Krysia, znajdź takiego fotoreportera, który dobrze robi zdjęcia albo ci się podoba i chodź za nim. I tak zrobiłam. Chodziłam jak cień za Tadziem Szwedem, który był bardzo znany w całym światku fotograficznym, a ja bardzo lubiłam jego zdjęcia oglądać. Robiłam wszystko tak, jak on. Próbowałam go naśladować. W końcu chyba się zdenerwował i zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ja pierwsza się odezwałam: bardzo przepraszam, ale kazali mi chodzić za najlepszym, bo ja nigdy na żużlu zdjęć nie robiłam i muszę wszystkiego się nauczyć. Tadziu popatrzył na mnie, roześmiał się i powiedział: no to chodź Krysia, idziemy. I pokazał mi, jak się ustawić, dał dużo pomocnych wskazówek. Takie piękne zdjęcia wtedy zrobiłam. Później też się starałam, ale już mi takie nie wyszły.

Jest jakiś przepis na zrobienie dobrego zdjęcia?

Nie ma. To jest czysty przypadek, żeby znaleźć się w danym miejscu o danej porze – i zrobić to.

Trzeba uchwycić chwilę?

Tak. Jak już człowiek wie, jaki efekt chce osiągnąć, to zaczyna polować na zdjęcie. Najbardziej lubię długie obiektywy i zdjęcia z ukrycia. Lubię fotografować dzieci i zwierzęta. Najładniejsze zdjęcia wychodzą, jak ludzie nie wiedzą o tym. Wtedy są naturalne.

Ma pani jakieś swoje ulubione zdjęcie, z którego jest szczególnie dumna?

Kilka takich zdjęć na pewno się znajdzie. Ale nie wiem nawet, gdzie są, musiałabym ich poszukać. Zawsze chciałam zrobić zdjęcie, jak skoczkowie trzymają flagę Śląska Wrocław. I to mi się udało. Leciałam z aparatem obok nich. Niezapomniane przeżycie.

Foto: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl

Jak się pani zapatruje na to, że dziś każdy w zasadzie może zostać fotoreporterem? Wystarczy telefon, żeby robić zdjęcia, które później trafiają do sieci.

Przez lata to się bardzo zmieniło. Kiedyś trzeba było zapłacić za wykonanie każdej odbitki. A dziś wystarczy zdjęcie skopiować. Zdjęcia z telefonów to plaga. Trzeba to jednak zaakceptować, bo takie mamy czasy. Nic nie można na to poradzić.

A pani zdarza się robić zdjęcia telefonem?

Nie potrafię robić zdjęć telefonem (śmiech). Niektórzy się ze mnie śmieją z tego powodu. Zdecydowanie lepiej się czuję trzymając w ręce kawałek metalu.

Jest pani tylko fotoreporterem Śląska Wrocław, czy też kibicem?

Jestem kibicem Śląska. Pamiętam czasy, kiedy wszystkie sekcje: piłka nożna, koszykówka i piłka ręczna – miały złoty medal mistrzostw Polski. Po latach zrobiliśmy nawet takie symboliczne zdjęcie, na którym znaleźli się przedstawiciele wszystkich tych dyscyplin.

Przejmuje się pani sytuacją Śląska Wrocław (rozmawialiśmy przed meczem z Wisłą Płock- przyp. red.)?

Bardzo jest mi z tym źle. Nie wyobrażam sobie, że spadniemy. Boje się, że gdyby do tego doszło, to ten klub przestanie istnieć. Brakuje mi trochę w Śląsku ludzi stąd, jak Tomek Bobel, Krzysiu Ulatowski albo Krzysiu Ostrowski.

Sportowcy są trochę przesądni. W przewie każdego meczu muszę wysłać kilka zdjęć do gazety. Często jest tak, że gdy schodzę z boiska, żeby wysłać zdjęcia, Śląsk prowadzi, a gdy wracam w drugiej połowie, to już remisują albo przegrywają. Dlatego do końca sezonu nie zejdę już z boiska w przewie spotkania. Obiecuję. W Sosnowcu nie zeszłam i wygraliśmy.

Wzruszyła się pani jak po meczu w Sosnowcu cała szatnia Śląska zaśpiewała pani sto lat z okazji urodzin?

Tak, to było bardzo przyjemne. Nie wiedziałam jak się zachować, bo ja w życiu nie obchodziłam urodzin. Kiedyś obchodziłam imieniny, ale przez to, że wypadają one w lipcu, to nikt o nich nie pamięta. Wszyscy składają mi życzenia w marcu, bo wtedy też wypadają Krystyny, ale to nie są moje imieniny. Przez lata przyzwyczaiłam się, że nikt mi nie składa życzeń.

Czuje się pani legendą polskich skoków spadochronowych i polskiej fotografii sportowej?

Tak to można nazwać. Jest mi niezmiernie miło i jestem zaskoczona, że ktoś to zauważa.

Czyli może pani o sobie powiedzieć: jestem legendą?

(Śmiech). Jestem legendą. Nie lubię jednak o sobie opowiadać. Strasznie mnie to peszy.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: tomasz.pajaczek@redakcjaonet.pl